RSS
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Czyjeś pragnienie
Dziś znów media - i to niby te obiektywne - od samego rana raczą nas słowami Kaczyńskiego, jak wyobraża sobie on czas po jesiennych wyborach. "Każda nasza koalicja będzie zemstą na Tusku" - mówi ten miłosierny katolik. Gdyby, jak się mówi- nienawiść niszczyła przede wszystkim samego nienawidzącego, to mielibyśmy już kikucik prezesa. Jednak porzekadła, jak widać, nie sprawdzają się. Kogo mam prosić, abym nie była codziennie karmiona nienawiścią - obojętnie czyją?  Odciąć się zupełnie od informacji?
12:44, buriatka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 marca 2011
Prawnuczka w Sejmie
A w mediach wciąż pyskówki polityczne, każda rozmowa na żenującym poziomie. Gorące spory bywały i przed wojną. "Siedzę" teraz w latach dwudziestych i trzydziestych, spaceruję wśród duchów. Nachodzę ducha prezydenta Wojciechowskiego, a także premiera i zarazem ministra za czasu jego prezydentury, Władysława Grabskiego oraz ministra skarbu Ignacego Matuszewskiego - w miejscach gdzie mieszkali. Też musieli się spierać w polityce. Dwaj pierwsi - z opozycją piłsudczykowską, ten ostatni z endecką. Ale była w tym wszystkim kultura. Nie było poniżania oponenta politycznego. O Matuszewskim mówili wówczas, że nie dałby nikomu dwóch złotych, ale za Polskę oddałby życie. Krytykując nienajlepsze cechy, podkreślali te dobre. Z miłym zaskoczeniem dowiedziałam się, że jedna z posłanek w dzisiejszym Sejmie jest prawnuczką tych dwóch wielce zasłużonych dla kraju polityków: Stanisława Wojciechowskiego i Władysława Grabskiego. Jest to chyba jedyna osoba w obecnym Sejmie zachowująca się bez zarzutu, a przy tym mądra, ładna i elegancka. Życzę Małgorzacie Kidawa-Błońskiej powodzenia w przeprowadzeniu ustawy jej autorstwa o metodzie in vitro.
17:33, buriatka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 marca 2011
Pożytki z sięgania do źródeł
Wczoraj w "Kropce" mądra rozmowa z Agnieszką Holland. Mimo starań Olejnikowej daleko jej do klasy rozmówczyni. Przesiedziałam ostatnio kilka godzin w czytelni na Koszykowej nad wspomnieniami Ludwika Krzywickiego, opracowanymi i wydanymi w 1957 roku przez Henryka Hollanda, ojca Agnieszki. Szukałam w nich zupełnie innych informacji, ale znalazłam rozdział, mogący stanowić przyczynek do dzisiejszych burzliwych dyskusji na temat ostatniej książki Tomasza Grossa. W swoich zapiskach Krzywicki pokazuje mechanizmy nakręcanej przez endeków spirali nienawiści do obywateli żydowskiego pochodzenia i jednocześnie nienawiści do Państwa - w celu przejęcia rządów po śmierci Piłsudskiego. Liczyli na to, że ta napędzana przez nich fala nienawiści wyniesie ich do władzy. Jest to wypisz wymaluj zjawisko identyczne do dzisiejszego nakręcania przez PiS histerii smoleńskiej i nagonki na legalne władze państwowe.

Krzywicki opisuje taką scenkę na Marszałkowskiej przy Hożej. Elegancko ubrany uliczny kolporter zachęca głośno do nabycia pisma "Warta" wołając, że znajduje się w nim bulwersujący artykuł o tym, jak Żydzi zbeszcześcili polskie poczucie narodowe. Krzywicki podchodzi do tego człowieka - o wyglądzie inteligenta - i tłumaczy mu, że niemoralnym zajęciem jest napuszczanie jednych obywateli na drugich. W odpowiedzi słyszy: "Ile Żydzi panu płacą?"
 
W dniu nadania buławy marszałkowskiej Rydzowi Śmigłemu - młodzież endecka urządziła demonstracje i blokady na uczelniach pod hasłem "precz z żydowskim marszałkiem". Antysemityzm potrzebny  endekom jako narzędzie do zdobycia władzy,  wcale nie był marginesem, bo endekom zależało na tym, aby zataczał jak najszersze kręgi.

Jako socjolog tłumaczy Krzywicki skąd się wzięła histeria antysemicka wśród chłopów. Otóż endecy zauważyli, że w czasie kryzysu chłopi zaczęli zajmować się handlem. Nawet służące pochodzące ze wsi zwalniały się z pracy (jak służąca Krzywickiego) i zaczęły przywozić do Warszawy nabiał i drób, roznosząc je po domach. Propaganda endecka zaczęła wmawiać chłopom, że lepiej działoby się im w tej dziedzinie gdyby nie konkurencja Żydów (od wieków zajmujących się w Polsce tą profesją i żyjących zgodnie obok).

A że to wszystko służyło endeckim celom politycznym świadczy fakt, że w okolicach Mławy sformułowała się kilkusetosobowa grupa chłopów uzbrojona w kosy, noże, cepy, mająca ruszyć na Warszawę z domaganiem się ustąpienia rządu, bo po śmierci Piłsudskiego władza należy się Dmowskiemu. Policja nie dopuściła ich do Warszawy. Krzywicki zauważa: ktoś tym wszystkim dyryguje.

Nie da się zaprzeczyć, że historia - a może raczej histeria w dziejach - się powtarza.



07:08, buriatka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 marca 2011
Odpryski
Uzbierało mi się więcej materiału niż będę w stanie go wykorzystać  w tekście, który piszę. A to nie lada ciekawostki. Konfrontując "Dzienniki" Irzykowskiego z "Dziennikami" Nałkowskiej, znalazłam, co jedno z nich sądzi o drugim. Rozśmieszyły mnie kajania się Nałkowskiej, że może niezbyt uczciwie postąpiła z Irzykowskim, bo najpierw narzuciła mu żonę, a później wieloletnią kochankę. A on okazał się jako kochanek bardzo zawodny, kapryśny, ale jako mąż bardzo dobry, wyrozumiały, spolegliwy, hojny. Z tonu autorki można powziąć wrażenie, że wolałaby, aby było odwrotnie.
A w "Dzienniku" Irzykowskiego czytam, że ta jego wieloletnia przyjaciółka - gdy w 1924 roku zamieszkał na Kolonii Staszica - znalazła sobie mieszkanie dość blisko, bo przy Filtrowej 75. Bywała w domu Irzykowskich, pomagała im zagospodarowywać ogródek, sadziła z nimi drzewka i kwiaty. Rzeczywiście, nie pisał o niej z czułością, o żonie natomiast tak. Zmarła w 1938 roku, gdy młodsza córka miała 17 lat. Kiedy dom Irzykowskiego rozwaliła w 1939 bomba, wieloletnia przyjaciółka przyszła mu z pomocą: przyjęła do siebie córki, a jemu wyszukała mieszkanie w tym samym domu u państwa Ratyńskich, w którym zastało go Powstanie Warszawskie. Na tym domu jest dzisiaj tablica upamiętniająca fakt przebywania tu Karola Irzykowskiego.
15:33, buriatka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 marca 2011
Trochę Irzykowskiego
Sobota w czytelni na Koszykowej. Od kilku dni czytam Irzykowskiego. Jak się ma płynące z jego pism przesłanie o czujności intelektualnej i racjonalnym krytycyzmie, nie mówiąc już o kulturze polemizowania - do dzisiejszego życia umysłowego w Polsce? Odpowiadając trywialnie - jak pięść do oka.

Dziennikarze, tabloidowi politycy, a nawet panie i panowie z tytułami profesorskimi - użalają się, że nie mogli strawić artykułu prasowego premiera, bo liczył 3 kolumny. Sprawdziłam, tylko 2, bo jedną zajął tytuł i lead oraz zdjęcie. Treści według nich, nie ma co zgłębiać, bo im z góry wiadomo, że wszystko co tam jest napisane to ściema i kłamstwo. No tak, idąc tym tropem rozumowania - nasze wojsko jest nadal w Iraku, a młodzi mężczyźni muszą obowiązkowo iść do woja. Chodzi o to, żeby tak sobie pomyślał "ciemny lud" Kurskiego. I chyba tak myśli.
11:39, buriatka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 marca 2011
Mroczne opowieści
Powstaną za ileś lat mroczne powieści, dramaty i tragedie - z powtórnymi pogrzebami pod osłoną wawelskiej nocy, pochodniami na Krakowskim Przedmieściu i wykrzykiwanymi inwektywami pod adresem urzędującego prezydenta.

Marzy mi się taki przyszłościowy autor, który w tej nocnej scenerii pochodowo-pochodniowej ożywi przedpałacowy pomnik księcia Józefa i ukaże jak w ogromnym skoku ten jeździec na koniu leci nad głowami struchlałej tłuszczy i... wypina na nią koński zad... 
Koński zad zamiast środkowego palca...

Brawo autorze, lub autorko, którzy może jeszcze leżycie w pieluszkach...
11:30, buriatka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 marca 2011
Córka Izabeli Jarugi-Nowackiej
Premier Tusk, żegnając jej matkę w ostatniej drodze, powiedział, że gdziekolwiek pojawiła się - tam wnosiła jasność. Córka tę jasność odziedziczyła. Tylko dla niej obejrzałam "Fakty po faktach". Nie dała się wkręcić prowadzącej rozmowę prezenterce, Anicie Werner, w manipulacje i insynuacje o charakterze politycznym. Jej ból, dyskretnie przeżywany, uroda i ujmujący, naturalny sposób bycia zrobiły na mnie wrażenie. Co za kontrast z innymi kobietami, które też utraciły bliskich w tej katastrofie, zwłaszcza z Mertową, Wassermanówną, Gosiewską, Kochanowską. Na żadnym forum internetowym nie spotkałam jakiejkolwiek wzmianki o rozmowie z Barbarą Nowacką. Nie było też żadnej powtórki w telewizji, nawet najmniejszego fragmentu. Natomiast te wymienione wyżej - przykro mi, ale nie mogę ich inaczej nazwać - koszmarne babiszony pchane są przed oczy widzów po stokroć. No cóż, pewni ludzie nie lubią pięknych, mądrych, czystych, kulturalnych, taktownych, skromnych...

12:07, buriatka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 marca 2011
O czym marzą prezenterzy?
Wczorajszy sobotni późny film w telewizji, tak wciągający, że z przyjemnością zrezygnowałam ze "Szkła kontaktowego", które - jak cała TVN24 - nastawiło się na schlebianie elektoratowi PiS, a to oznacza drastyczne obniżenie poziomu merytorycznego i rzetelności dziennikarskiej, a może raczej prezenterskiej, bo o dziennikarstwie to tam już trudno mówić, poza znikomymi wyjątkami. Cieszę się, jeśli znajdę coś ciekawego w tym czasie na innych kanałach, bo chcę wyleczyć się ze "szklanego" nałogu, którego nabawiłam się w czasach, gdy ta audycja starała się trafiać w gusta inteligenckie. Dziś pozazdrościła audytorium tabloidom.

Tytuł filmu na kanale Universal nie brzmiał dla mnie zachęcająco - "O czym marzą faceci?", bo wiadomo, co im się najczęściej marzy. Ale zwrócił moją uwagę udział Matta Dillona, który dopiero co zachwycił mnie w "Faktotum". Nie znam go z innych jego ról, ale w każdej z tych dwóch jest świetny - tu z tym swoim naiwnym, wymuszonym cwaniaczkostwem, będącym igraszką dużych cwaniaków i ... jednej cwaniaczki.

A tak nawiązując do tytułu filmu, dzisiejszej sytuacji w mediach i nastrojów wśród niektórych celebrytów, którzy prezentują publicznie modną dziś niechęć - do urzędującego premiera, to - o czym marzą prezenterzy?  Wolę już marzenia filmowych facetów.
09:17, buriatka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 marca 2011
Kulinarnie i filmowo
Tym razem nie zawiodłam R. Powiedziałam, że znajdziemy knajpkę izraelską w pobliżu naszego parku i znalazłyśmy. Co prawda, nie zupełnie w tym miejscu, gdzie się spodziewałam, ale dość blisko. Obsługiwał nas miły i ładny, młody Kurd iracki. R. się upierała, że to raczej lokal bliskowschodni, ale niebieska Gwiazda Dawida na białym tle i zapewnienia kelnera, że choć on jest Kurdem, to w każdy piątek możemy zamówić tu rybę po żydowsku, przesądzają sprawę. W ulotce firmowej przeczytałyśmy, że lokal ma oddawać wieloetniczną atmosferę Izraela, stąd chyba w jadłospisie znajdują się takie dania, jak musaka, pita i inne.
Raczej dla samej degustacji niż z głodu zamówiłyśmy pikantną czorbę, a na deser ciasto pomarańczowe i jabłkowe z herbatą o smaku goździków.
W sumie atmosfera jest tu miła, choć lokalik malutki. R. przeszkadzały kuchenne odgłosy zbyt energicznie przesuwanych rondli, następnym razem ma poprosić, by panowie kucharzący robili to spokojniej. A kucharzy jest tu trzech: Kurd, Polak i Żyd ( nie wiem dlaczego chodzi w arafatce). Mnie natomiast brak jest fotosów na tutejszych czystych, bo z pobielanej cegły ścianach, pokazujących piękno Jaffy, od której knajpka przyjęła nazwę.

A wieczorem obejrzałam w domu, w swoim telewizorze, film, który zrobił na mnie większe wrażenie niż ten zobaczony w poniedziałek w kinie "Rejs".
Chodzi o "Factotum" według autobiograficznej prozy Charlesa Bukowskiego ze świetną kreacją Matta Dillona.
10:30, buriatka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 marca 2011
Trochę się działo
Niedziela. Wizyta wydawczyni z mężem. Moje poczucie spełnienia obowiązku - oddałam pracochłonną ekspertyzę tomiku wierszy, który chce ona komuś wydać powodowana poczuciem wdzięczności za coś tam.  W poniedziałek kino z K. Zamiast spodziewanej odnowionej widowni kina "Kultura" - sala "Rejsu". Ale dobrze, że w końcu ten film - "Jak zostać królem" i to w dniu kiedy dostał Oskara. Kilka dni wcześniej kino nas zawiodło, nie wyświetlając filmu o zapowiedzianej godzinie. Zwiedziłyśmy więc przykinową restaurację  z widokiem na pomnik Mickiewicza i perspektywę Koziej, staromiejskiej uliczki, gdzie moja młodsza córeczka chodziła do przedszkola i na którą wychodziły okna naszego pokoju, gdy mieszkaliśmy na Krakowskim Przedmieściu. Metafizyka czasu w zderzeniu z ociężałą teraźniejszością - ociężałą po spożyciu pokaźnej porcji makaronu ze szpinakiem, śmietaną i parmezanem, a wszystko zakropione lampką białego wina. Mróz nie sprzyjał dłuższemu spacerowi, wiatr od Wisły siekł po oczach. Wstąpiłyśmy do biblioteki Związku Literatów, gdzie przejrzałam katalogi, aby sprawdzić na co mogę tu liczyć. I rozczarowanie. Nie znalazłam książek, których się spodziewałam, chociaż ich autorami  są członkowie związku. Trochę tu zapyziale, jak na dzisiejsze czasy, ale z atmosferą starych wnętrz: stylowe meble, zwłaszcza w dwóch salonikach o przeszklonych drzwiach - jeden z widokiem na Plac Zamkowy, drugi - na koronę Stadionu Narodowego po drugiej stronie Wisły. Przypomniała mi się atmosfera Biblioteki Polskiej w Paryżu na Wyspie Św. Ludwika, widoki z okien na lewą odnogę Sekwany, salonik Olgi Boznańskiej, wydeptane stare dywany, pamiętające czasy Wielkiej Emigracji...
Zapomniałam napisać, że jako rekompensatę za stracony czas i zawód jaki nas spotkał, dostałyśmy od kina bezpłatne zaproszenia na dowolny seans w najbliższym czasie. I właśnie w rzeczony poniedziałek zobaczyłyśmy w końcu ten film, chociaż w innej sali niż zapowiadały to gazetowe repertuary filmów. Ale niech tam, nie jesteśmy z K. małostkowe.
09:44, buriatka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14